﻿<title_newspaper="Sztandar Młodych"> 
<title_article="’Łańcuch szczęścia’ nie pomógł..."> 
<author_1="B. Rayzacher"> 
<author_2=""> 
<language="pl"> 
<style="press"> 
<year="1954"> 
<date="1954-11-08"> 
<month="11"> 
<period="d"> 
<status="1_obieg"> 
<support="paper">

„Wielkim Cyrkiem”, lub „cyrkiem wyborczym” zwany jest obrządek, który oficjalnie zwie się wyborami w Stanach Zjednoczonych. W tym obrządku jest znacznie więcej z cyrku, aniżeli z aktu, który normalnie nazywamy wyborami. No, bo istotnie, czy można inaczej nazwać takie wybory, kiedy w okresie kampanii wyborczej kandydaci obu głównych partii — „republikańskiej” i „demokratycznej” — dla zdobycia sobie wątpliwej popularności wśród ludności puszczają się na tak niewybredne metody reklamy, jak np.: — gubernator stanu Kentucky, Lawrence Wetherby, reklamując zalety swej partii, stoczył publicznie walkę z aligatorem; — senator Karl Mundt dokonywał w stanie Dakota objazdów na słoniu, który jest symbolem partii republikańskiej, (tak jak symbolem partii tzw. demokratycznej jest... osioł). Podobne przykłady istnych błazeństw można by przytaczać dziesiątkami i setkami. Nie oznacza to oczywiście, aby przedstawiciele obu partii nie usiłowali przedstawić swym wyborcom jakichś programów partyjnych, które by, choć częściowo życzenia i potrzeby ludności uwzględniały. Ale „programy” te z reguły sprowadzają się do pewnej liczby gołosłownych obiecanek, które w dzień po wyborach składane są do lamusa... aż do następnych wyborów. I jeszcze jedno. W Stanach Zjednoczonych dwie główne partie — „republikańska” i „demokratyczna" — mimo różnicy w nazwie, w gruncie rzeczy prowadzą tę samą polityki reprezentując te same interesy: interesy wielkiego kapitału finansowego, będącego jedyną, rządzącą „partią” w Stanach Zjednoczonych. Istnienie dwóch partii ma stanowić dla narodu amerykańskiego namiastkę demokracji i namiastkę „wolnego wyboru”. Jednakże w sprawach dla kapitału zasadniczych, przywódcy „republikańscy” i „demokratyczni” zawsze się zgadzają — nazywa się to wówczas „polityką dwupartyjną”. I czyż jest w tym coś dziwnego, jeśli poważna część wyborców odnosi się do wyborów obojętnie, jeśli udział 60 proc. uprawnionych do glosowania w wyborach, uważa się za „rekord" i niesłychany sukces? Przedmiotem wyborów, które odbyły się w USA w ubiegły wtorek, było 435 miejsc w Izbie Reprezentantów (niższej izbie parlamentu), 38 miejsc w Senacie (wyższej izbie), 34 stanowiska gubernatorów stanowych oraz 35 innych stanowisk funkcjonariuszy stanowych. 

</support> 
</status> 
</period> 
</date> 
</month> 
</year> 
</style> 
</language> 
</author_2> 
</author_1> 
</title_article> 
</title_newspaper>
